WĘDRÓWKA NA FATRĘ

Wędrówka po górach wielkiej i Małej Fatry w dniach 25-29 lipca 2018 . W ogólnym rozrachunku wyjazdy kilkudniowe opisuje się najtrudniej. No ale cóż, życie. Wędrówka po Wielkiej i Małej Fatrze odbyła się kilka dni po obozie. Wiele do organizowania nie było, bo tak naprawdę jedzenie zabieraliśmy ze sobą, spaliśmy pod gołym niebem, a na miejsce dowoził nas lekki transporter opancerzony- Toyota Yaris. Skład wędrowniczy to: Tom, Tymek, Mateusz, Paweł i oczywiście ja. Tak więc zaparkowaliśmy w Różemberoku i ruszyliśmy na trasę. Pierwszy dzień był dla mnie chyba najtrudniejszy. Nawet nie sposób powiedzieć dlaczego. Chyba po prostu musiałem się przyzwyczaić do tyrania z ciężkim plecakiem po górach. Wieczorem na szczęście była pulpa i ognisko. Kiedy kładliśmy się spać, Tymek zainspirowany opowieściami Bear’a Grills’a postanowił całe jedzenie, które mamy ,wynieść 200 metrów poza miejsce noclegowe, tak by w nocy nie przyszedł niedźwiedź i nam wszystkiego nie zjadł. W taki sposób narodziła się tradycja Tymka dotycząca bezpieczeństwa wędrowników, gdyż robił to co noc. Następnego dnia ruszyliśmy na trasę i szybko się rozkręciłem, mieliśmy nawet nie najgorsze tempo. Po drodze zaliczyliśmy kilka szczytów, a pewną rutyną stało się napełnianie wody ze źródełek, na trasie. Wędrowanie z plecakiem nie jest niczym prostym. Bagaż przygniata do ziemi, a podłoże najczęściej nie pomaga w poruszaniu się. Moje buty- Lowa Desert Elite, były nowe i jeszcze nierozchodzone, przez co trochę mnie obtarło w nogi. No ale czym byłoby wędrownictwo bez otarć… Drugi dzień w sumie zleciał nam przyjemnie, na maszerowaniu przez góry. Noc spędziliśmy na grani. Bardzo „zwichrowanej” grani. W takim sensie że na naszym miejscu noclegowym wiało ciągle i bez przerwy. Na szczęście harcerska kreatywność pomogła nam wybudować „schron” przed wiatrem i zachować nas od lodowatej nocy. Kolejnego poranka ruszyliśmy z kopyta. Naszym celem było zejście do wsi dzielącej Wielką Fatrę od małej Fatry, oczywiście zaliczając przy okazji wszystkie możliwe szczyty. Tak więc przeżyliśmy wspinaczkę na błotnisty i śliski szczyt na, którym nie wiadomo skąd zaatakowały nas à la Osy. À la Osy to wyjątkowo upierdliwy rodzaj owadów, którego prawdziwej nazwy nawet nie znam, ale wiem na pewno że ich nie cierpię. Na szczycie zauważyliśmy zbliżającą się burzę, która jednak nie dotarła wtedy do nas. Ale! Sam fakt burzy warto zapamiętać, bo pojawi się jeszcze ona w naszej opowieści. Wieczorem dotarliśmy zaraz obok zejścia do wspomnianej już wsi. Tam rozbiliśmy obóz, wykąpaliśmy się w pobliskim źródełku, zrobiliśmy ognisko, Tymek zaniósł misiowi jedzenie i poszliśmy spać. Nazajutrz wstałem wcześniej, a to z tego powodu że ktoś musiał przygotować jedzenie. Każdy z nas miał na określone funkcje na określony dzień. Tak wyszło że akurat w ten dzień byłem kucharzem. Po pobudce, śniadaniu i spakowaniu się, ruszyliśmy prosto na Mała Fatrę. Już nie długo mieliśmy się przekonać że Mała Fatra nie jest wcale taka mała. Podejście pod Chleb (jeden ze szczytów Małej Fatry, którego nazwę zapamiętałem, a na którego wspinaliśmy się z wysokości wsi) dało nam niesamowicie popalić. I „popalić” jest ty chyba najlepszym określeniem, bo w trakcie wspinaczki zrobiliśmy ok. 1000 metrów w górę (wysokość n.p.m.) w żarze lejącym się z nieba niesamowicie. Z tego też powodu w schronisku na Chlebie, wydaliśmy z Tymkiem po 1,5 euro na szklankę zimnej Kofoli, a potem na drugą kolejkę tegoż napoju. Nie moglśmy się oprzeć. W trakcie dalszego marszu przez góry wreszcie dopadła nas BURZA. Schroniliśmy się do starej kanciapy z wyciągu narciarskiego, ale ostatecznie podjęliśmy decyzję że jak przestanie padać, to ruszamy, by przed zmrokiem dotrzeć pod Velký Rozsutec. I tak się stało. Nigdy nie myślałem że zwykłe błoto jest w stanie tak wykończyć człowieka… „Błotnisty Szlak” dowiódł nas w końcu do celu i wykończeni, lecz szczęśliwi, poszliśmy spać. Rankiem spojrzeliśmy w górę gdzie majaczył nam dumnie szczyt „Rozsypańca”. Już bez plecaków wdrapaliśmy się na tego potworka i tam wykonaliśmy piękną sesję zdięciową. Potem zostało nam zejście z gór i poczekanie na Mateusza, który musiał do Różemberoka dostać się po nasz „wehikuł między wymiarowy”. Czekała nas jeszcze niedzielna Msza Św. W Korbielowie, a potem prosto do Wodzisławia. Wyprawy wędrownicze są tym co hartuje nasze życie. Jak mówił Naval: Bo choć zmęczenie boli, to ja lubię ten ból. Lubię pot i lubię czuć serce, które wali w klatce piersiowej ze zmęczenia, chce wciąż więcej i więcej wysiłku i adrenaliny”

Młot