Rajd IPN – Śladami żołnierzy Września

Wyjechaliśmy z domu o 8:00. W sensie ja wyjechałem z Tymkiem i dh.Tomem, bo Aga, Wojtek i Paweł czekali pod technikum, a Michał pod kościołem Św. Herberta. Oczywiście w trakcie jazdy do Korbielowa, całą drogę powtarzaliśmy informacje o Kampanii Wrześniowej na terenie Górnego Śląska. W końcu taka była tematyka rajdu. Na miejscu standardowo: góry, młodzież gotowa przeżyć kolejny rajd i… deszcz. Taa… Ja chyba już zdążyłem się przyzwyczaić do takiej kolei rzeczy. Kocham Beskid! Naszym miejscem docelowym było schronisko na Hali Miziowej pod Pilskiem. Mam pewien sentyment do tego miejsca. Trochę ponad rok wcześniej przecież odbyła się wędrówka na Pilsko na której poznaliśmy się z Agą. Ok! Dość tej nostalgii. Czas ruszyć do boju. Pod koniec pierwszego dnia był wykład na temat Kampanii Wrześniowej, kolacja, no i spać. Rano po śniadaniu od razu miał być test historyczny. No tego testu obawiałem się dużo bardziej niż ostatnio. I jak się okazało słusznie… Trzy błędy to dużo, szczególnie jak chce się wygrać rajd. Jeszcze mogliśmy się odkuć w konkurencjach sprawnościowych i grze niespodziance. Z taką więc myślą ruszyliśmy na dwór. A na dworze co? Leje, mgła i wiatr, czyli to co harcerze VWDH lubią najbardziej. No to lecimy z tematem. Najpierw strzelanie. Specjalnie na tę okazję wziąłem lornetkę. Po oddaniu pierwszego strzału spojrzałem na tarczę przez szkło i(tak jak myślałem) okazuje się że wiatrówka wali na lewo. Ehh… trzeba będzie wziąć poprawkę. Po oddanym strzelaniu udaliśmy się na rzut granatem. Ło Panie! Horror w ciapki. Ale koniec końców nabiliśmy pięć punktów. Czuliśmy się wtedy jak ci super żołnierze z Call of Duty. Kolejnym punktem miał być bieg sprawnościowy, ale wcisnęli nam bieg na orientację, a właściwie na azymuty. Spoko sprawa. No i na koniec poszliśmy uciaprać się w błotku. Zadowoleni, mokrzy i zziębnięci wróciliśmy do budynku. Teraz tylko przebrać się i czekać na obiad. Po obiedzie miała być gra niespodzianka, ale zmienili plany z uwagi na wczesną godzinę. Tak więc gra niespodzianka była przed obiadem, a raczej i przed i po. Obiad był przerwą. Gra to był wyścig kapsli. Każda drużyna miała swój oznaczony kapsel, który w jak najmniejszej ilości ruchów miał dotrzeć do celu przez przeróżne przeszkody i przeszkódki. Po ogramnych emocjach i dogrywce. Gra się skończyła. Teraz tylko msza Św. I ogłoszenie wyników. Czas rozstrzygnięcia… Odczytują piąte miejsce: „Teraz my”-mówi Tymek. Odczytują czwarte: „Teraz my”. Odczytują trzecie, Tymek robi gały jak pink-pongi, ale mówi: „No to teraz na pewno my.” Odczytują drugie: „Nie no nie ma opcji jak nic my.” Nie. Nie odczytali nas przy drugim. Byliśmy pierwsi. Fakt.. Egzekwo, ale jednak. Kolejny udany rajd. Ekipa z Budowlanki była trzecia, więc też super. Teraz tylko spać, bo o 4:00 wstajemy i jedziemy do Wodzisławia. W momencie gdy to piszę siedzę przemoczony w aucie słuchając staro serbskiej pieśni „Gusta Mi Magla” i myślę że to był dobry rajd.

SławA